Autobeatyfikacja

Poczucie winy to uczucie niezwykle wprost destrukcyjne, każdy psycholog to powie. A dla mężczyzn to ono jest po prostu zabójcze. Wrażliwe te istoty, a zwłaszcza na swoim punkcie, muszą zatem owego niszczącego uczucia unikać, jak tylko się da. W tym celu wypracowały one szereg mechanizmów obronnych. Zaprzeczenie “to nie jest tak, jak myślisz”. Wyparcie “to tylko seks, nic nas nie łączy”. Racjonalizacja “Ty nie chciałaś, a ja mam swoje potrzeby”. Albo ” ewolucja nas tak zaprogramowała”. Rozmycie odpowiedzialności “ona mnie uwiodła”. I tak dalej. To w przypadku przyłapania in flagranti. Chociaż i wtedy stosowana jest metoda tzw. zaprzeczania totalnego. Mam znajomego, który doradza w sytuacji “złapania ze rękę” komunikat “to nie moja ręka”.

W sytuacji, kiedy nikt nas nie ściga, ale nadprogramowa ukochana zgłasza roszczenia do serca i ręki stosuje się chwyty “na szlachetnego”. Doliczamy się w końcu liczby potomków i nagle żyć bez nich nie możemy. Żona, dawna harcerka i himalaistka, teraz staje się istotą bezradną i bez nas nie trafi do osiedlowego sklepu po chleb, więc opuszczona, zginie marnie. Pies zawyje się na śmierć, kota zeżrą pchły, kaktus uschnie. No, moja droga, chyba nie chcesz brać na swoje barki tych wszystkich krzywd? Nie chcesz. Łykasz nervosol i wprost rozpływasz się z zachwytu nad szlachetnością serca swego ukochanego. Boże, gdybyś to ty na niego trafiła, zamiast tej zimnej baby, co go unieszczęśliwia. Ach, to by było. No byłoby. Pewnie słuchałabyś, że to nie jest tak, jak myślisz. I że to nie jego ręka. Słucham tych historii z każdej strony i nieodmiennie zadziwia mnie ta wiara gorąca, że prawdę da się zalukrować jak dziurę w biszkoptowym cieście. Że ktoś to kupi. Uwierzy, że to nie tchórzostwo, wygodnictwo i zakłamanie, tylko same, tak zwane, wyższe wartości. Nie podła zdrada, tylko “mniejsze zło”. Nie kłamstwo, tylko niemówienie wszystkiego. Nie wykorzystywanie, tylko odpowiedzialność. Autobeatyfikacja.

Kobiety, trzeba przyznać, są, w takich okolicznościach przyrody, zuchwałe jak Kmicic po Częstochową. W ogóle nie bawią się w zaprzeczenia, tylko atakują z furią byka na corridzie. Ogłupiały mąż, już przybierający  pozę Otella, dowiaduje się nagle, ni stąd, ni zowąd, że to wszystko jego wina. Palił, pił, a zupa była za słona. I nigdy nie lubiłyśmy jego mamusi. A narzeczony z przedszkola kochał nas bardziej i z nim byłybyśmy szczęśliwe. Nie to co teraz. Jeśli jesteśmy do tego obdarzone iskrą bożą talentu aktorskiego, to po chwili w pozie uciśnionej niewinności przyjmujemy gorące przeprosiny obdarowanego rogami współmałżonka, nierozumiejącego jak do tej pory mógł być tak nieczuły dla swej słodkiej łani. Wszystkie te manewry sprowadzają nas z powrotem na bezpieczny teren dziecinnego pokoju, kiedy wypieraliśmy się w żywy kamień stłuczenia wazonu “to nie ja, to ona”, i mogliśmy się bawić w zabawę polegająca na tym, że kto zamyka oczy, ten znika. Mamo,gdzie jesteś?

 

 

 

Tags:
,
No Comments

Dodaj komentarz