Kto się boi króliczka?

 

Prawda obiegowa głosi, że nic tak nie cieszy naszych kolegów, dawnych łowców i myśliwych, jak tak zwane “gonienie króliczka”. Czyli polowanie na upatrzoną spódniczkę. Mężczyźni uwielbiają fazę zdobywania kobiety. Te wszystkie podchody, zabiegi, tą łowiecką niepewność, czy zarzucona przynęta zadziała, a zastawione sidła przyskrzynią upatrzoną zdobycz. Króliczek kluczy, umyka, ale nie z nami te numery, Brunner.

No niby prawda. Ale niecała. Jasne, że ten cały teatrzyk jest ważny. Z dwóch powodów. Po pierwsze, faktycznie, piętrzące się przeszkody dodają wstępnej grze miłosnej smaku. A przysłowiowej zdobyczy, czyli nam, wartości w oczach myśliwego. Najlepiej żeby jeszcze musiał po drodze wyciąć w pień konkurencję. Albo zabić jakiegoś smoka. Po drugie, pogoń ma przekonać zdobywcę, że to on wybrał, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie. Świetnie to podsumowuje śląskie przysłowie “tak ją gonił, tak ją gonił, aż go złapała”. W rzeczywistości normalny, przeciętny mężczyzna zazwyczaj jest na wstępie sparaliżowany strachem przed odmową. I żeby w ogóle zastartował do dziewczyny, musi najpierw odebrać od niej jasny sygnał, że jest zainteresowana. Czyli co najmniej kontakt wzrokowy i uśmiech. Wtedy dopiero nabiera odwagi, żeby się w ogóle odezwać. Czasami biedny myśliwy jest tak zestresowany, że króliczek musi wziąć na siebie główny ciężar konwersacji. Króliczek wie, że decyzja już zapadła, ale dla komfortu psychicznego dzielnego zdobywcy wypada trochę poudawać. Bycie uwodzoną jest przecież bardzo miłe i właściwie należałoby ten stan przedłużać w nieskończoność.

Ale decydujemy my. Takie są fakty i trzeba to wziąć na klatę. Umówmy się, tak działa cała przyroda, a my jesteśmy jej częścią. To samiczki wybierają. Więc jak nam się dzisiaj nie podoba jakaś powszechna, męska cecha, to należałoby mieć pretensje do praprababek, że nam takie egzemplarze wyselekcjonowały. To samo z cechami pozytywnymi. Jak na przykład odpowiedzialność czy męstwo. Btw, ciekawe światło rzuca też teoria ewolucji na kwestię rozmiaru męskiego członka. U przedstawicieli gatunku homo sapiens jest on wyjątkowo okazały w proporcji do rozmiarów ciała samca. Zupełnie bezsensowna jest na przykład piosenka Brassensa o gorylu, gdyż penis tego naszego kuzyna ma zaledwie 3-4 cm. Nawet przy mniej hojnie wyposażonym panu  goryl nie ma się czym pochwalić. Czyli samice ludzkie, w erze przedubraniowej, wybierały najwyraźniej ze względu na rozmiar i, przez te ich upodobania, do dzisiaj ten problem spędza panom sen z powiek. Dla równowagi można dodać, że zapewne podobny mechanizm dotyczy ewolucji kobiecego gruczołu mlekowego w pięknym opakowaniu. Fabryki silikonu wiele zawdzięczają australopitekowi.

Praprababki starały się jak mogły, wyszło jak widać. Na ich usprawiedliwienie dodam, że trochę miały pod górkę, ze względu na różnice w sile fizycznej i stosowanie przez mężczyzn gwałtu jako jednej ze strategii reprodukcyjnych. Natomiast my, z dzisiejszym stanem wiedzy, i żyjąc w określonym porządku prawnym, możemy bardzo dużo zrobić dla swoich ewentualnych praprawnuczek. Jest na przykład taki fajny portal na fejsie “Nie czytasz? nie idę z Tobą do łóżka”. Bardzo dobra akcja, gdyby się przyjęła, pozwoliłaby powoli eliminować z rynku matrymonialnego różnych niegramotnych matołków. Nie robiąc sobie dzieci z mizoginami, chamami i damskimi bokserami też przysłużymy się przyszłym pokoleniom. A przy okazji sobie.

 

No Comments

Dodaj komentarz