W którym siedzisz tunelu?

Pisałam już kiedyś o ograniczjących nas przekonaniach. Ostatnio mam okazję w kilku przypadkach obserwować ich destrukcyjną moc i zastanawiam się, co można zrobić żeby bliscy mi ludzie potrafili wyjść z tunelu wpojonych im przekonań i być zwyczajnie szczęśliwi.

Słusznie uważa psychologia, że przekonania są tak silnym fundamentem naszej osobowości, że zmienić je jest niezwykle trudno. Kwestionując te wpojone jeszcze w dzieciństwie, czujemy się jakbyśmy podpalali własny dom i to z domownikami w środku. Albo byli jedynymi wariatami w mieście samych normalnych ludzi, którzy zaraz, i słusznie, zamkną nas w psychiatryku. Wiem to, bo w swoim czasie podważałam po kolei prawie wszystkie przekonania, w których wyrosłam i które kształtowały moje życie. To nie było jakieś jedno przełomowe wydarzenie, które nagle odwróciło moje życie o 180 stopni, typu ciężka choroba, czy wypadek. Niektórzy opisują, że ich życie zmieniło się diametralnie po takich właśnie traumatycznych przeżyciach i nigdy nie było już takie samo. U mnie nie. Nic strasznego się nie wydarzyło. Po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że żyjąc tak jak żyję, nie jestem szczęśliwa. I zaczęłam się zastanawiać dlaczego. Mały kamyk uruchomił lawinę, albo pytanie wydrążyło małą dziurkę w tamie na zaporze, jak kto woli.

Od tamtej pory staram się nie mieć sztywnych poglądów i ugruntowanych przekonań, poza jednym, że myślenie nie boli. A wielu ludzi zachowuje się tak, jak gdyby samo myślenie i dyskutowanie na temat wpojonych im przekonań już było przestępstwem przeciwko rodzicom, narodowi, ojczyźnie czy religii. Zamiast zadawać pytania, wolą uważać, że już znają wszystkie odpowiedzi.

Patrzę, jak te przekonania rujnują im nierzadko zdrowie i życie, albo zabierają szczęście i zastanawiam się, kiedy zamiast obwiniać los, złych ludzi i okoliczności przyrody wpadną na to, żeby zakwestionować obiegowe prawdy, w których wyrośli. Nie trafiają do nich argumenty, nie chcą widzieć faktów. Piękny, kolorowy świat przesłania im czarna zasłona PRZEKONAŃ.

Weźmy na przykład powszechne u kobiet przekonanie, że największym szczęściem, drogą i celem jest rodzina, najlepiej 2+2, czyli ty, mąż, córeczka, syneczek. I zdolna studentka, żywo zainteresowana pracą naukową traci czas na randki z kolejnymi nieciekawymi kandydatami na narzeczonych, bo wie, że w kolejne święta zatroskane ciocie i babcie znowu będą się dopytywać, czy aby ma już chłopaka. Ona sama niekoniecznie może za nim tęskni, może nawet, o zgrozo, wolałaby związać się z miłą koleżanką, ale na drodze stoją PRZEKONANIA.

A po kilkunastu latach, jako świeżo rozwiedziona matka samotnie odtąd wychowująca, będzie winić siebie, że ma nieudane życie, ale, broń Boże,  nie przyjrzy się przekonaniom, które jej to życie rujnowały i nadal rujnują. Bo właściwie w głębi ducha jest zadowolona, że nie musi już obsługiwać wiecznie naburmuszonego gościa z piwem w ręku, ale nasiąkła przekonaniem, że jest teraz “kobietą porzuconą” i tak właśnie będzie się przedstawiać na kolejnych warsztatch przez najbliższe 10 lat, zanim w końcu otrzeźwieje.

Zresztą to nie dotyczy tylko kobiet. Mam utalentowanego przyjaciela, który zrobił oszałamiającą karierę i jeździ po całym świecie, ale w głębi duszy ma pokłady smutku, że nie założył rodziny. Bo, oczywiście, ta rodzina kojarzy mu się wyłącznie ze szczęściem i sielanką, choć ma wokół siebie mnóstwo przykładów, że niekoniecznie tak to działa. Że ludzie się rozwodzą, mają kłopoty z dziećmi, nienawidzą jeździć do rodziny na święta. Życie sobie, a przekonanie się trzyma mocno. Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że zapewne akurat on nie pasuje do przyjętego schematu, obwinia siebie, że mu się “nie udało”. Nie wierzy, że unieszczęśliwia się sam, bo dał sobie wmówić, że do szczęścia koniecznie potrzebna jest rodzina.

Albo rodzice będący w konflikcie z dziećmi z powodu ich seksualnych preferencji. Ojcowie głęboko nieszczęśliwi, bo wyrodny syn okazał się gejem. I załamani odrzuceniem przez ojca synowie. Jedyne co w tej sytuacji staje między rodzicem i dzieckiem, to niczym niepoparte, głupie, przestarzałe i prymitywne PRZEKONANIA. Zamiast się im przyjrzeć, rodzice latami nie rozmawiają z własnymi dziećmi.

Ludzie bardzo rzadko zastanawiają się, co naprawdę kieruje ich postępowaniem i kształtuje życiowe wybory. A szkoda, bo siedząc w ciasnym tunelu przekazywanych z pokolenia na pokolenie przekonań, nie widzą, że życie może być inne, wolne, kolorowe. Może mniej bezpieczne i zmuszające do większego poznawczego wysiłku, ale o niebo ciekawsze.

Ciekawa jestem, ilu z tych, którzy śpiewają na karaoke “Wolność kocham i rozumiem..” Chłopców z Placu Broni naprawdę wie, o czym śpiewa.

 

 

6 komentarzy
  • JIvy
    Posted at 08:42h, 20 marca Odpowiedz

    Wiedżmo, mamy BARDZO po drodze … :))
    W zeszłym roku też wyszłam ze swojego tunelu (inni nazywają to strefą komfortu – jak zwał tak zwał…) i jestem gotowa na dbanie o siebie i tym samym dbanie o najfajniejszego (jak wreszcie się przekonałam) człowieka, który jest ze mną (nie obok!). Jednym z pierwszych mocnych działań jest pozostanie na święta tam, gdzie mieszkamy, a nie jak co roku spędzenie ich z rodzicami, którzy skaczą sobie do oczu, “świętując” ze swoimi dorosłymi dziećmi i ich rodzinami. Najważniejsze w tym jest to, że nie mam wreszcie wyrzutów sumienia – dojrzałam do życia na własnych warunkach, często w niezgodzie z baaardzo silnymi, przekonaniami … Takie samookreślenie się daje niesamowicie dużo siły- odnoszę wrażenie, że zaczęłam żyć bardziej świadomie. :))

    • Wiedźma Radzi
      Wiedźma Radzi
      Posted at 08:58h, 20 marca Odpowiedz

      Brawo Ty, to nie jest łatwe, ale jaka satysfakcja 🙂

  • lucysia
    Posted at 11:36h, 20 marca Odpowiedz

    Mój tunel to konserwatywny mąż:bo co ludzie powiedzą,bo wszyscy.
    Moja odpowiedź brzmi zawsze :nie interesuje mnie co ludzie powiedzą i tak będą gadać bo mieszkamy w małej wsi.Ja ,moja rodzina to nie wszyscy.
    Trudno mi z tym walczyć,ale widzę postępy i to nie ja zrobiłam wyłom w tym murze tylko buntująca się nastolatka,walcząca o uwagę ojca który pomagając mi w opiece nad pięcioletnią autystyczną córcią zapomniał o starszej.O czasie jaki powinien jej poświęcić,bo ja byłam cały czas a on zniknął na 3 lata w najgorszym możliwym czasie.I to moja starsza córcia uczy go że nie ważni są wszyscy tylko ona.Musi Pogodzić się z jej wyborami które są kontrowersyjne nawet dla mnie.Musi zmierzyć się z odpowiedzialnością za jej stan.Jest dobrze mimo że jest źle.Mąż się zmienia,a córcia jest w coraz lepszej formie.Młodzi uczą nas otwierać swoje ciasne umysły ograniczone przekonaniami z XIX wieku.I o to też chodzi,żeby uczyć się od młodych.Bo nawet to że moja młodsza córcia ma autyzm też nauczyło mnie czegoś innego.Otworzyło mnie na inne potrzeby,pomogło mi zrozumieć błędy popełniane w wychowaniu starszej i własnym zachowaniu.Dzieci uczą,tylko trzeba chcieć się uczyć od nich.

    • Wiedźma Radzi
      Wiedźma Radzi
      Posted at 11:50h, 20 marca Odpowiedz

      świetnie, że potrafisz uczyć się od córki, wielkie brawa 🙂 i pozdrów Ją ode mnie 🙂

  • lucysia
    Posted at 11:39h, 20 marca Odpowiedz

    A nie wiem dlaczego nie pisze mojego nicku.
    Muszę się zacząć podpisywać na końcu.
    Pozdrawiam lucysia

Dodaj komentarz