Od płota do płota

Jak się długo żyje to się człowiek ma okazję ciekawych rzeczy naoglądać. Między innymi w służbie zdrowia.

Kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką na oddziałach szpitalnych obowiązywały tak zwane “godziny odwiedzin”, poza którymi nie było możliwości wejścia na salę chorych.

Szczególne restrykcje dotyczyły położnictwa i kiedy urodziłam pierwszą córkę, zachwycona rodzina mogła ją sobie podziwiać przez szklane drzwi. Kiedy już udało mi się do nich dowlec po cesarce. Dzieci matkom przywożono na karmienie, a potem zabierano na sale noworodków.

Uznano te warunki za nieludzkie i nie sprzyjające, ani matce, ani dziecku. Zapewne słusznie z punktu widzenia dziecięcej psychologii. Noworodki oddano matkom do opieki całodobowej. Nie byłam tym szczególnie zachwycona po drugiej cesarce, ale co było robić, najważniejsze dobro dziecka. Pokornie więc, trzymając się za pocięty brzuch, przewijałam młodszą córkę, bo na dowołanie się personelu nie było najmniejszych szans. Chciałyście, mamuśki, to macie. Jedyną znaną mi osobą, która się zbuntowała przeciwko nowym zasadom, była koleżanka, która powiła bliźnięta i zażądała zabrania dzieci na oddział noworodkowy po karmieniu, żeby mogła odpocząć. Oburzeniu personelu nie było końca.

Zniesiono też, zapewne równie nieludzkie, godziny odwiedzin i odtąd rodziny bez przeszkód mogły odwiedzać swoich chorych o każdej porze dnia i nocy. Najlepiej w wieloosobowych grupach, wiadomo, w gromadzie raźniej. Rozsiadali się wokół łóżka na długie godziny, okazując w ten sposób troskę i miłość, oraz przynosząc z miasta nowe szczepy bakterii i wirusów. A także umilając czas chorym z innych łóżek nieustanną krzątaniną w wieloosobowej sali.

Na oddziałach położniczych odtąd zakatarzeni wujkowie mogli bez przeszkód obcałowywać nowo narodzonych bratanków i zerkać z zaciekawieniem na leżące na sali inne matki, karmiące swoje niemowlęta.

Nikt nie zwracał uwagi na żadne tam sezonowe grypy, czy czerwone nosy. Kaszelek niósł się swobodnie po szpitalnych korytarzach. Po internach, chirurgiach i laryngologiach.

Przypuszczam, że w sezonie przeziębień zarówno personel, jak i odwiedzający przynosili na oddziały całe chmary zarazków.

Aż nastał nam straszliwy koronawirus. Chińska zaraza i ogólnie nie wiadomo co. U mnie na wsi na wszelki wypadek pierwsza zamknęła się przychodnia zdrowia. Specjaliści udzielają porad przez telefon. Stomatologię raczej trudno tak uprawiać, więc chcąc, nie chcąc, po dwóch tygodniach ściągania potrzebnego sprzętu, wróciłam do pracy. I z coraz większym zdumieniem patrzę na to, co się wyprawia. Zamykane są całe szpitale, bo ktoś z personelu łapie wirusa. O którym już na tą chwilę wiemy, że nie jest aż tak śmiertelny, jak się to WHO wydawało. Owszem, jest groźny, ale głównie dla osób w podeszłym wieku i z dodatkowymi chorobami.

Co z normalnymi chorymi, którzy nie przestali nagle dostawać zawałów, udarów i zapalenia wyrostka? Jeżdżą od szpitala do szpitala, bo jedne zakaźne, a drugie zamknięte.

Co się takiego stało, że od kompletnej beztroski i wiszenia godzinami nad chorym członkiem rodziny w kilkuosobowym składzie, przeszliśmy do kosmicznych kombinezonów, na widok których chorym zapewne poziom stresu szybuje pod niebo?

Mnie się nie podobało ani przedtem, ani teraz.

 

 

 

No Comments

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: