Syndrom rycerza

Od razu mówię, że nie chodzi mi o, znany w psychologii, syndrom rycerza i rozpustnika, będący lustrzanym odbiciem męskiej przypadłości, zwanej syndromem madonny i ladacznicy. Czyli sytuacji, kiedy panu rozszczepia się w głowie kobieta na dwie części, z których jedną wielbi, ale nie potrafi pożądać, zwykle to żona, a drugiej nie szanuje, natomiast pożąda do nieprzytomności i proponuje różne figle-migle w łóżku, za to nie dzwoni w Wigilię. To, oczywiście, kochanka. Nie mająca zwykle pojęcia o tym, że jeśli jakimś cudem uda jej się wygryźć prawowitą małżonkę z posady, to na jej poprzednim stanowisku powstanie wakat, w niedługim czasie zazwyczaj zapełniony przez następczynię. A misiaczek znowu będzie kąpał się z komórką i przynosił czyste ciuchy ze squasha. Syndrom trudny w leczeniu i mniej pracowitym odradzam tracenie czasu na panów z ową dysfunkcją osobowości.

Mnie chodzi o nieco inny syndrom rycerza, który ewentualnie można wykorzystać we własnych celach. Pisałam już o tym trochę w Niezawodnym zaklęciu, pora poszerzyć temat. Mianowicie metodą selekcji oraz nacisku kulturowego udało nam się wszczepić panom przekonanie, że obowiązkiem prawdziwego mężczyzny jest ruszać na pomoc damie w opałach. I jakem feministka i kobieta niezależna, za nic w świecie nie chciałabym z tego rezygnować. Uważam, że tą akurat cechę należałoby w panach pielęgnować i odpowiednio nagradzać. A demonstrujące własną zaradność na każdym kroku koleżanki, delikatnie monituję, żeby nie przesadzały, bo nam sympatycznych kolegów zniechęcą do usług i przysług i po co nam to. Same potem będziemy musiały zmieniać koła w samochodach, rozpalać grilla i walić po łbie karpia w Wigilię. No niby można, ale po co?

Natomiast należy być czujną i niezawodnym detektorem obłudy wykrywać i tępić w swoim bezpośrednim otoczeniu niewiasty próbujące uruchomić guzik rycerza w naszym osobistym mężczyźnie. Wszelkie “słodkie oczy” i powłóczyste westchnienia demonstrujące wrodzoną bezradność eliminujemy bezwzględnie i natychmiastowo. Jak również wszystkie uciśnione, przez niedobrego męża, albo okrutnego tatusia-tyrana, subtelne księżniczki w wieżach z kości słoniowej, czekające na swego zbawcę. W przeciwnym razie może się okazać, że wyhodowałyśmy żmiję na własnej piersi i to już nie my, ale koleżanka ma skoszone, zagrabione i wstrząśnięte. Po prostu na sarnie oczęta i urocze nierozgarnięcie mężczyzna reaguje AUTOMATYCZNIE i nie ma co mieć o to do niego pretensji. Odruch jest prawidłowy, niewłaściwa jedynie adresatka.

Kobieca solidarność to fajna rzecz, ale nie bądźmy jak ta zajęczyca, którą, wśród serdecznych przyjaciółek, suki zjadły.

 

3 komentarze
  • M
    Posted at 22:54h, 22 lipca Odpowiedz

    A dla mnie to udawanie bezradności jest głupie właśnie.To tylko moja opinia ale… Jak coś umiem sama to to robię. A jak nie umiem czy czegoś nie wiem to proszę o pomoc/zrobienie za mnie czy wyjaśnienie. Obojętnie czy kobietę czy mężczyznę i obojętnie czy to kolega, przyjaciółka czy urzędnik w banku 🙂

    • Wiedźma Radzi
      Wiedźma Radzi
      Posted at 06:09h, 23 lipca Odpowiedz

      odróżnijmy te dwie kwestie i obyś nie trafiła na “bezbronną sarenkę” robiącą słodkie oczy do twojego faceta ;-)poza tym, to wygodne, a panom pozwala się wykazać i wszyscy zadowoleni 🙂

      • M
        Posted at 15:46h, 23 lipca Odpowiedz

        Na razie faceta nie mam więc luzik ^^ Już trafiłam na bezbronne sarenki. Jako, że jestem miła i pomocna (może w pewnym sensie rycerska, nie z podtekstem a ,,na czysto” i do kobiet i do mężczyzn) to już kilka razy sama się na nich przewiozłam i za nie ,,zagrabiłam” i ,,skosiłam” 🙁 Przynajmniej cenna lekcja na przyszłość. Nie chodzi o to, że będę bezduszna i nie pomogę ale granice już mam.

Dodaj komentarz