Targowisko próżności

W tzw. dzikiej przyrodzie najczęściej jest tak, że w okresie godowym samce walczą ze sobą zaciekle o dostęp do samic. Albo budują piękne domki jak niejaki altannik, które mają zachęcić samiczkę. Ewentualnie prezentują toki godowe jak głuszec, skomplikowane figury taneczne jak żuraw, lub rozkładają pawie ogony. W każdym razie, to samiec ma się postarać, a wybredna samiczka ocenia i wybiera kandydata.

U ludzi jakoś odwrotnie. Przynajmniej na przeciętnej polskiej dyskotece, która dla młodzieży wydaje się być odpowiednikiem miejsca godów. Słabo upierzone samce leniwie sączą browary pod ścianą, a na parkiecie prężą się i wyginają kolorowo upierzone samiczki z bujnymi grzywami. Drobią zgrabnymi nogami w szpilkach o niebotycznych obcasach. Wabią dekoltami i błyskającymi spod kusych spódniczek pośladkami. Oblizują kusząco napompowane hialuronem usta. Panowie oceniają i po dłuższej obserwacji podchodzą do upatrzonej samiczki z zaszczytną propozycją pogibania się wspólnie na parkiecie w stylu “niezgrabny miś na rozżarzonych węglach”. Spuszczę zasłonę miłosierdzia na ciąg dalszy żeby zastanowić się nad zaradzeniem tej, nie mającej odpowiednika w przyrodzie, rozpaczliwej sytuacji. Co robić zatem? Niby można chodzić wzdłuż ścian i po ocenie kandydatów wyrywać ich ze wspierającej grupy kumpli i wlec na parkiet. Ale nie będzie to dobrze odebrane, bo panowie przywiązali się już do myśli, że to oni wybierają.

Cała sytuacja wynika zapewne z przedstawionej przeze mnie w ostanim felietonie mojej ulubionej spiskowej teorii dziejów. Czyli faktu, że generalnie żyjemy obecnie w kraju buraka i kartofla i na ładną, zdolną, zgrabną i ogólnie ogarniętą dziewczynę przypada góra jedna piąta równie udanego kandydata. Czyli zdając się na los masz szanse, że facet będzie miał albo sylwetkę, albo twarz. A jak postawisz na intelekt, to lepiej żebyś się legitymowała wadą wzroku minus dziesięć dioptrii, bo lekko nie będzie. Szukanie faceta w dyskotece jest jak gra w kasynie, niby masz szanse, ale wiadomo, że zawsze wygrywa kasyno. Jednak część populacji jest bardziej udana, krzywa Gaussa nie kłamie, ktoś musi być z prawej. Pytanie, co można zrobić, żeby zwiększyć szanse na dobre trafienie.

Jeśli nie lubisz życiowej ruletki, musisz odwrócić statystykę na swoją korzyść. Zamieszkać obok bazy czerwonych beretów. Kelnerować latem w bazie surferów. Wziąć udział w rajdzie Dakar.

W akcie desperacji zostaje pójście na Politechnikę. Per aspera ad astra.

2 komentarze
  • JIvy
    Posted at 23:43h, 11 czerwca Odpowiedz

    Z tym pójściem na politechnikę to w zasadzie jest tak, że jeśli ma się coś do powiedzenia (czyt. wiedzę) i przynajmniej przeciętną urodę to tam raczej można liczyć na obserwację uczestniczącą różnych – mniej lub bardziej – naturalnych zachowań męskiego grona, których znajomość bardzo się przydaje w późniejszych relacjach. Oczywiście, na początku trzeba ustalić reguły “gry”, bo czasem zdarzają się tacy, którym dopiero “strzał z liścia” uzmysławia, że pomylił koleżankę z grupy z panią “szukającą” sponsora. Jednak przy dobrym zmyśle do zarządzania “zasobami” można bezpiecznie (bez konieczności łażenia na targowisko próżności) i z dużą satysfakcją ukończyć ten typ studiów – wiedza sensowna (często zawodowo pożądana) i interesujące doświadczenie, oddające usługi zwłaszcza w przypadku kontaktu z tzw. “złotymi rączkami” …- bezcenne ;))

    • Wiedźma Radzi
      Wiedźma Radzi
      Posted at 09:25h, 12 czerwca Odpowiedz

      czyli same zalety 🙂

Dodaj komentarz