Tylko w ciszy siebie słyszysz

Tak sobie dyskutujemy ze Starszą Córką przy owsiance o meandrach polskiej edukacji. Bo Młodsza akurat zmienia kierunek studiów, rozczarowana pierwszym wyborem. I że pewnie znowu się rozczaruje, bo siostra po sprawdzeniu polskich metod nauczania, ostatecznie wylądowała w Kopenhadze, gdzie podejście jest bardziej nowoczesne.

Ja zawsze twierdziłam, że polska szkoła jest jak odra, ale nie rzeka, tylko choroba, trzeba przejść i wystrzegać się powikłań. I jeszcze, że wszystko jedno, w której szkole moje dzieci niewiele się nauczą. Raczej dbałam o stałą podaż książek w domu i wycieczki edukacyjne po świecie. To, oczywiście, niesprawiedliwe wobec niektórych nauczycieli, uogólnienie, ale zaliczyłam tyle szkół, że jakiś ogląd mam. Przede wszystkim polska szkoła nastawiona jest do ucznia nieżyczliwie. Zamiast podkreślać dobre strony i szukać talentów, tropi błędy i piętnuje niedociągnięcia. A psychologia już jakiś czas temu odkryła, że lepiej motywuje pochwała, niż nagana.

Nie podejmuję się oceniać przyczyn, bo znam litanię nauczycielskich narzekań na pamięć. I moje serce raczej jest tu po stronie rodziców, udręczonych nieustannym szukaniem opieki dla nieletnich, bo w szkole jak nie ferie, to wakacje, albo rekolekcje.

Najbardziej brakuje mi w polskim modelu wychowania, i to zarówno szkolnym, jak i domowym, podążania za naturalnymi zdolnościami dziecka. Jakbyśmy nie mogli uwierzyć, że życie to nie mordęga, kiedy koniecznie musimy wtłoczyć matematycznemu ignorantowi do głowy całki i różyczki (różniczki- poprawka mojej utalentowanej matematycznie mamy!). Że może być miło, łatwo i przyjemnie, kiedy to samo dziecko bez trudu napisze opowiadanie, albo zrobi najładniejsze dekoracje świąteczne. U nas koniecznie wszyscy muszą umieć wszystko, choćby byle jak. Bez przerwy formatowani, przycinani i ugniatani do jedynie słusznej foremki. Jak ci dobrze idzie z polskiego, to znaczy, że masz więcej czasu spędzić nad matmą i wyciągnąć się z trój na piątki. Po co, nie wiadomo. Byłam w mat-fizie z rozszerzoną matmą, nie pamiętam dobrze nawet tabliczki mnożenia. Za to cytatami z poezji, czytanej pod ławką, rzucam na zawołanie.

A przecież to widać. Widać, do czego dziecko ma talent. I niekoniecznie zaraz muzyczny czy plastyczny. Moja starsza córka talenty pedagogiczne przejawia od przedszkola, kiedy to zakładała szkółkę narciarską dla młodszych dzieci, bo już umiała płużek. I prędzej, czy później pewnie będzie nauczać, choć kogo i czego, tego jeszcze nie wie nikt. Jaki sens miałoby pchanie jej na siłę na medycynę, bo to dobry zawód i gabinet czeka? Brr..

A widzę, że przeważnie tak to się wciąż odbywa. Królują medycyna, prawo i inne “prestiżowe” kierunki. I jeśli dziecko nie ma silnych przekonań i twardego charakteru, to męczy się potem całe życie robiąc coś, czego nie lubi i co mu przychodzi z trudem. Bo inni wiedzieli lepiej, co dla niego dobre. Jak mi nie wierzycie, to zastanówcie się, ilu spotkałyście lekarzy z prawdziwego powołania. Uważnych, empatycznych, zainteresowanych pacjentem, a nie przypadkiem.

Podobno Deepak Chopra, amerykański lekarz, pisarz i duchowy nauczyciel powiedział swoim synom, że mają siedzieć i myśleć nad swoim życiowym powołaniem aż do skutku, a on ich do tego czasu będzie utrzymywać. Pewnie to trochę ryzykowne, ale mamy mądre dzieci i nie będą myśleć bez końca.

Kiedyś wstaną i uratują świat.

2 komentarze
  • Tomasz Moll
    Posted at 23:31h, 08 sierpnia Odpowiedz

    BINGO! Poza tym powstało tyle nowych zawodów o których nie mamy pojęcia. Myślenie w kategoriach Lekarz /Prawnik/Inżynier to historia. Kolejne pokolenie ma swoje kryteria.

    • Wiedźma Radzi
      Wiedźma Radzi
      Posted at 08:26h, 09 sierpnia Odpowiedz

      Gerontokracji mówimy -nie 🙂

Dodaj komentarz