Wszystko, co spieprzyłam

Otwieram ci ja rano pocztę, a tam list od Jasona Hunta, mojego ulubionego guru blogosfery. Bardzo lubię jego listy, bo są lekkie, dowcipne i chyba dosyć szczere. Generalnie, gość jest wyluzowany, żyje po swojemu i innym też tego życzy.

W liście tym Jason obiecuje nagranie, w którym opowie o swoich biznesowych pomysłach, które nie wypaliły. Tytuł ma brzmieć “Wszystko co spieprzyłem” i już się nie mogę doczekać, bo na ogół sympatyczni koledzy wolą się z nami dzielić swoimi sukcesami i patentami na lot w Kosmos.

Tytuł dał mi do myślenia. Na zadany temat. Bo każdy i każda coś w życiu spieprzył/ła. Bez wyjątku. Jedni bardziej, drudzy mniej, ale każdy coś.

Ja na przykład spieprzyłam sobie życie zawodowe, wybierając zawód, do którego na początku nie miałam najmniejszych predyspozycji. Olałam swój talent literacki i naturalne ciągoty humanistyczne i wybrałam fach dający poczucie bezpieczeństwa. Mimo, że na zajęciach praktyczno-technicznych w szkole nudziłam się jak mops, wyszywanki odwalała za mnie babcia, a rysunek techniczny tata inżynier. Za to na polskim w liceum rozwijałam skrzydła i pisałam takie wypracowania, że wychowawczyni wezwała mnie na dywanik i kazała się przyznać, kto mi to pisze. Odpuściła po pierwszej klasówce.

Na studiach męczyłam się jak potępiona, nudziłam wściekle i wszystko wszystkim miałam za złe. Ale nawet kiedy dostałam szansę zatrudnienia w GW, w samych jej początkach, to zrobienie dyplomu wydawało mi się ważniejsze.

Bo taki był nasz rodzinny skrypt. Pokoleniowy przekaz. Nieważne naturalne predyspozycje, ważny solidny fach w ręku. To miało swoje historyczne przyczyny. Politechnika, prawo, medycyna, to nam miało dać poczucie bezpieczeństwa w nieprzewidywalnym świecie.

Przy czym pamiętajmy, że bezpieczeństwo i poczucie bezpieczeństwa to nie to samo.

Różnicę świetnie ilustruje podawany przez mojego inteligentnego kolegę przykład z latania. Otóż poczucie bezpieczeństwa ma na ogół początkujący pilot kiedy jest tuż nad drzewami, a boi się, kiedy się buja na dwóch tysiącach. Tymczasem na wysokości 100 metrów, jeśli coś mu się przydarzy ze skrzydłem, nie ma nawet czasu rzucić spadochronu ratunkowego i może z niego zostać zimny trup. Na dwóch tysiącach dobre skrzydło ma czas wyjść z każdej przypadkowej klapy czy fronta, a jeśli się całkiem zaplączemy, to mamy jeszcze zapas, czyli spadochron ratunkowy i dosyć czasu i wysokości, żeby go użyć. Czyli jesteśmy stosunkowo bezpieczni. O ile ktoś w ogóle może być bezpieczny w przestworzach pod kawałkiem kolorowej szmaty.

Tak samo w życiu. Nigdy nie jesteśmy naprawdę bezpieczni, a szukanie poczucia bezpieczeństwa zwykle prowadzi nas na manowce. Lepiej trenować umiejętności wychodzenia z niebezpiecznych sytuacji, bo one na pewno się zdarzą niż starać się unikać wszelkiego ryzyka.

Ponieważ jestem jak socjalizm, czyli nadludzkim wysiłkiem wychodzę z trudności, które sama sobie stworzę, zawodu się wyuczyłam i całkiem nieźle sobie radzę. Na tyle nieźle, że ostatnio pacjent specjalnie do mnie przyjechał z Anglii oprawić się w porcelanę. Wyszło naprawdę spoko, z nowym uśmiechem może śmiało startować do Hollywood.

A talenty literackie realizuję w ramach pasji. I też bardzo fajnie mi to wychodzi. Nigdy nie jest za późno, okazuje się. Mam bloga, mam Was, moje drogie Wiedźmy i w końcu czuję się spełniona i szczęśliwa. Dostaję od Was wspaniały feedback. Komentarze, listy, cudowna atmosfera na Akademiach i wyjazdach. Wiem, że to co robię ma sens i jest komuś potrzebne. Dziękuję, że jesteście ze mną.

Używam teraz wszelkich swoich talentów, tych wrodzonych i tych wypracowanych w pocie czoła.

Jestem Panią Swojego Życia czyli PSŻ, parafrazując genialną Olę Budzyńską, Panią Swojego Czasu.

Ale tylko ja wiem, ile mnie to wszystko kosztowało. Frustracji, zwątpienia, poczucia życiowej porażki. Ile pracy i samozaparcia.

Najważniejsze, że wyciągnęłam wnioski. I moim dzieciom poradziłam, żeby nie przejmowały się dobrymi radami dziadków, tylko podążały za swoimi naturalnymi talentami. Bo to im da życiowy flow. Dużo łatwiej osiągnąć życiowy sukces robiąc to, do czego jest się utalentowanym. Nie wiem tego na pewno, ale jakoś nie przypuszczam, żeby ktokolwiek zdobył Nobla zajmując się dziedziną, która go w ogóle nie interesowała.

Chciałam żeby się nie bały ryzyka. Żeby spełniały swoje marzenia.

Postanowiłam, że nie będę się o nie martwić, tylko w nie wierzyć.

Nie robiłam problemu ze zmian kierunków studiów i miejsca studiowania. Nie suszyłam głowy o “stracony rok”. Nie straszyłam – a z czego ty, dziecko, będziesz żyła?

I wiecie co?

Warto było. Obie znalazły swoje miejsce i obie robią to co lubią i do czego mają wrodzone zdolności.  Zarabiają przy tym  pieniądze i płacą swoje rachunki.

Nie powielają schematów, mają własne pomysły na życie. Piszą swoje scenariusze, zamiast żyć według cudzych. Są szczęśliwe. O wiele bardziej niż ja w ich wieku.

Właściwie to był mój największy wkład w ich wychowanie. Poza może jeszcze nauczeniem miłości do książek.

Jestem z tego dumna. Bardzo.

Nie bój się błędów, ani ich nie żałuj, tylko się na nich ucz.

p.s. o innych moich pouczających błędach to już na Akademii 🙂

 

1 Comment
  • Avatar
    Amanda
    Posted at 09:20h, 13 września Odpowiedz

    Tak mi się nasunęło, ze urodzenie się w tym debilnym kraju (obecnych ludzi w większości mam na myśli, nie miejsce), w którym żądzą idioci, populiści i na wszystkie tematy wypowiadają się zwykle ludzie, którzy o danym zjawisku nie mają pojęcia a swoje teorie wyssali z palca (żeby nie powiedzieć, że z du…) jest chyba wystarczającym spierniczeniem. Albo urodzenie się kobietą np. w Iranie obecnym. Nie trzeba już dokładać 😉

Leave a Reply

%d bloggers like this: